Uciekli z Wołynia. Wołyń nigdy nie uciekł z nich.
Wołynia nie pamiętam, ale pamiętam moich dziadków.
Za kilka dni, gdy kalendarz nieubłagalnie wskaże 11 lipca, polską przestrzeń internetową zaleje coroczna fala czarnych wstążek, płonących zniczy i patriotycznych haseł obwieszczających światu, że pamiętamy o 1943 roku. Ta zinstytucjonalizowana, odświętna pamięć bywa głośna, czasami wręcz krzykliwa, jednak w tysiącach polskich domów to samo słowo nosi w sobie zupełnie inny ciężar. Dla ocalałych i ich potomków pamięć nie jest patriotycznym obowiązkiem wyciąganym z szuflady raz w roku, lecz cichym, codziennym, wręcz metafizycznym dziedzictwem. Nie chodzi tu o zawłaszczanie narodowej tragedii na własność ani o licytację na ból, lecz o uświadomienie sobie, że za bezimiennymi, wielkimi liczbami kryją się żywe, tragicznie przerwane biografie oraz ci, którym udało się oszukać przeznaczenie, by dać początek nowym pokoleniom. Takich rodzin, noszących w sobie niewidzialną, wołyńską bliznę, jest w całej Polsce bez liku, a ich ciche trwanie to najpotężniejszy pomnik wystawiony ofiarom.
Na moim biurku leży czarno-biała, lekko nadszarpnięta zębem czasu fotografia z 1961 roku. Przedstawia dwoje młodych ludzi stojących na piaszczystym brzegu rzeki. Mężczyzna patrzy w obiektyw z lekkim półuśmiechem, kobieta tuli do siebie małą dziewczynkę. Ta mała dziewczynka pośrodku to Jadzia – moja mama. W tle leniwie płynie Bug. Po drugiej stronie rzeki, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, wyrasta ściana zieleni. Tam zaczyna się Wołyń. Dla moich dziadków, Romana i Eufemii, ta rzeka nie była zwykłą granicą. Była granicą między utraconym światem a życiem, które dopiero miało się zacząć. Gdy robiono to zdjęcie, byli już małżeństwem, dzielącym wspólne życie i chleb, ale w lipcu 1943 roku ich losy biegły jeszcze zupełnie osobno, rzucone w różne zakątki wołyńskiego piekła, z którego każde z nich musiało uchodzić na własną rękę.
Dzisiaj, 4 lipca, mija kolejna rocznica śmierci mojego dziadka Romana, który odszedł w 2014 roku. Zaledwie osiem dni później w lipcowym kalendarzu, 12 lipca, przypada rocznica odejścia mojej babci Eufemii, która zmarła jeszcze w 1983 roku. Choć obojgu udało się oszukać przeznaczenie w tamtych strasznych dniach 1943 roku, to zew wołyńskiej ziemi po latach przywołał ich z powrotem w tym samym, symbolicznym miesiącu. Śmierć dosięgła ich w lipcu, jakby domykając tragiczny krąg, który rozpoczął się osiemdziesiąt trzy lata temu i nie pozwolił im nigdy do końca zapomnieć o tym, skąd przyszli.
– Romek, wstawaj! Bulbowcy idą! – ten krzyk mojej babci Eufemii rozrywał ciszę nocy jeszcze w latach 80. XX wieku, cztery dekady po tym, gdy jako 11-letnie dziecko drżała o własne życie na Wołyniu. Ten nocny lęk budził mojego dziadka Romana, który choć sam przeszedł przez własny koszmar, musiał co noc stawiać czoła demonom swojej żony. Są rany, których czas nie potrafi zaleczyć, i obrazy, których ludzki umysł nie iscie w stanie wymazać ze swojej podświadomości. Trauma tamtych dni towarzyszyła babci przez całe dorosłe życie w najbardziej prozaicznych gestach. Eufemia do końca swoich dni nigdy, pod żadnym pozorem, nie pozwoliła wyrzucić choćby najmniejszej kruszyny chleba. Nawet czerstwy, zeschnięty bochenek musiał zostać ucałowany i odłożony z szacunkiem – dla kogoś, kto ukrywał się w wołyńskich lasach, chleb był świętością równą życiu.
Aby zrozumieć ogrom tragedii, która wyryła tak głębokie bruzdy w psychice dzieci, musimy cofnąć się do lat dwudziestolecia międzywojennego. Inaczej nie zrozumiemy skali szoku, jakim dla tamtego pokolenia był lipiec 1943 roku. W Perespie, rodzinnej miejscowości mojego dziadka Romana, otoczonej bagnami i lasami w zakolu rzek Styr i Stochód, wielokulturowe sąsiedztwo przez lata układało się poprawnie. Polacy, Ukraińcy, czescy osadnicy i niemieccy koloniści żyli obok siebie w symbiozie narzuconej przez trudne warunki bytowe. Mój dziadek wspominał ukraińskie dzieci, z którymi w poprzednie, beztroskie i gorące lata bawił się i kąpał na łąkach nad Styrem. W lipcu 1943 roku ten sam Styr, rzeka jego dzieciństwa, stał się jednak czerwony. Dziadek Roman do końca życia nosił pod powiekami ten potworny obraz rzeki płynącej krwią. Pod sielankową warstwą sąsiedztwa tliły się bowiem głębokie napięcia, podsycane przez biedę oraz błędy asymilacyjne władz II Rzeczypospolitej. Sytuację tę bezlitośnie wykorzystała nielegalna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, sącząc jad nienawiści w serca sąsiadów i przekonując ich, że warunkiem powstania wolnej Ukrainy jest całkowite fizyczne pozbycie się Polaków.
Wspomnienie babci, która budząc dziadka w środku nocy, krzyczała o bulbowcach, dotyka niezwykle ważnego detalu historycznego. Słowo to budzi bezpośrednie skojarzenia z oddziałami Tarasa Borowcia, znanego jako Taras Bulba, które zapisały się jako pierwsze formacje ukraińskiego podziemia. Choć sam Borowiec oficjalnie sprzeciwiał się masowym mordom na ludności cywilnej, rzeczywistość polsko-ukraińskiego pogranicza bardzo szybko zweryfikowała te deklaracje. Bojówki banderowskie, rozpoczynając planową eksterminację Polaków pod wodzą Dmytra Klaczkiwskiego (Kłym Sawur), celowo przejęły od Borowcia nazwę Ukraińska Armia Powstańcza, aby pozyskać sympatię lokalnych mas i uśpić czujność Polaków. Napastnicy podczas rajdów bardzo często podawali się za bulbowców, co ułatwiało im wkraczanie do osad bez wywoływania natychmiastowego oporu. Dla 11-letniej wówczas Eufemii, która słyszała szepty dorosłych o nadchodzących z lasu bulbowcach, to słowo na zawsze stało się synonimem śmiertelnego zagrożenia, na zawsze zapisując się w jej dziecięcej pamięci jako absolutny koszmar.
Szesnastoletni wówczas Roman i jego najbliżsi w Perespie zawdzięczali swoje ocalenie człowiekowi, który udowodnił, że ludzka przyzwoitość potrafi wznieść się ponad etniczną nienawiść. Był nim ich ukraiński sąsiad. Ryzykując własnym życiem, nie tylko regularnie ostrzegał rodzinę dziadka o planowanych napadach band UPA, ale też nauczył młodego Romana niezwykłej, konspiracyjnej sztuczki, która w tamtych realiach była biletem do życia. Uczył go wschodniego, ukraińskiego sposobu żegnania się, aby w razie nagłego spotkania z banderowcami chłopak mógł uchodzić za „swojego”, a nie za rzymskokatolickiego Polaka. Różnica ta, choć dla dzisiejszego obserwatora subtelna, dla ludzi tamtej epoki była fundamentalną granicą tożsamości. Podczas gdy Polak-łacinnik żegnał się otwartą dłonią od czoła do piersi, a potem od lewego do prawego ramienia, ukraiński wierny obrządku wschodniego – prawosławny czy grekokatolik – składał trzy palce prawej dłoni na znak Trójcy Świętej, dwa pozostałe dociskając do wnętrza. Następnie dotykał czoła, klatki piersiowej, a potem prawego i dopiero na końcu lewego ramienia, wypowiadając przy tym słowa modlitwy po ukraińsku. Ta lekcja, powtarzana w pośpiechu i strachu, była najprostszym i zarazem najbardziej genialnym systemem kamuflażu. Wystarczyło jedno spojrzenie napastnika na ruch dłoni, by zdecydować o życiu lub śmierci.
Dzięki tym ostrzeżeniom rodzina dziadka zdołała przetrwać najgorsze fale mordów w Perespie, która ze względu na strategiczne położenie przy linii kolejowej Łuck–Kowel oraz mosty na rzece Stochód, stała się z czasem ufortyfikowanym punktem zbornym dla uciekinierów. Stacjonowały tam silne oddziały sojuszników Rzeszy – żołnierzy węgierskich. Węgrzy wykazali się wówczas niespotykanym w tamtych realiach humanizmem. Choć byli sojusznikami III Rzeszy, ich dowództwo w Perespie kategorycznie odmawiało jakiejkolwiek współpracy z ukraińskimi nacjonalistami, a wręcz otwarcie nimi gardziło. Węgierscy oficerowie ignorowali niemieckie restrykcje, dzielili się swoimi skromnymi racjami żywnościowymi z koczującymi rodzinami i czynnie, z bronią w ręku bronili dostępu do torów kolejowych, tworząc bezpieczną przystań dla tysięcy przerażonych ludzi. To właśnie z tej stacji, w nieludzkim tłoku, rodzina Romana wyruszyła pociągiem ewakuacyjnym na zachód, przekraczając Bug i osiedlając się początkowo w miejscowości Gródek w gminie Hrubieszów.
Zupełnie inaczej potoczyły się losy mojej babci Eufemii. W 1943 roku mieszkała w innej części Wołynia. Choć czas i zatarte ślady nie pozwoliły nam ocalić nazwy jej rodzinnej wioski, to wiemy, że tam również rzeź rozlewała się po okolicy z potworną siłą. W całym regionie jedyną szansą na przetrwanie stawała się samoobrona. Polacy zaczęli organizować bastiony oporu, z których legendarnym symbolem stało się Przebraże – baza odpierająca zmasowane szturmy bojówek UPA i chroniąca ponad 20 tysięcy uchodźców, a także Huta Stepańska czy Rybcza. Rodzina babci nie uciekła jednak za Bug w lipcu 1943 roku. Przetrwali całe wołyńskie piekło na miejscu, w samym sercu zagrożenia, a ich najsilniejszą tarczą stał się ojciec Eufemii, mój pradziadek Bernard. Był on żołnierzem Armii Krajowej, aktywnie i bezkompromisowo walczącym w partyzantce z bronią w ręku o przetrwanie tamtejszych polskich osad. Dopiero po wejściu Armii Czerwonej i przesunięciu granic państwowych, rodzina babci została przymusowo przesiedlona na zachód. Ich pierwszym przystankiem w nowej rzeczywistości stały się Mojsławice.
To właśnie tam, na ziemi hrubieszowskiej, gdzie rany po rzezi wciąż były świeże, a strach przed powrotem koszmaru tlił się po obu stronach rzeki, Roman i Eufemia odnaleźli siebie nawzajem. Dwoje młodych ludzi, którzy nosili w sobie zupełnie inne, osobne wspomnienia wołyńskiego piekła – on ocalony dzięki ukraińskiemu sąsiadowi i wschodniemu znakowi krzyża, ona chroniona przez partyzancki karabin swojego ojca. Dopiero po ślubie zdecydowali się osiąść w Czumowie, malowniczej wsi położonej tuż nad samym brzegiem Bugu, naprzeciwko utraconego na zawsze Wołynia. Bug fizycznie oddzielił ich od przeszłości, ale bolesna prawda o Perespie i ich utraconym świecie mieszkała w nich na zawsze, zamknięta w ciszy, której nie potrafili i nie chcieli przełamać przez całe dekady, spoglądając każdego dnia na zieloną ścianę lasu po drugiej stronie rzeki. Dziadek nawet czasami mówił, że chciałby wrócić na Wołyń, ale trauma była tak silna, że nigdy się na to nie zdobył.
I znowu patrzę na to zdjęcie z 1961 roku. Roman i Eufemia stoją nad rzeką Bug w Czumowie, trzymając swoją małą córkę Jadzię. Po drugiej stronie rzeki leży ich utracony świat, który zamienił się w piekło. Uciekli śmierci w lipcu 1943 roku, każde na swój sposób. Przeżyli, odnaleźli się, założyli rodzinę, wychowali dzieci, doczekali wnuków. Śmierć upomniała się o nich dopiero po latach, ale zrobiła to w sposób niezwykle symboliczny. Dziadek odszedł 4 lipca 2014 roku. Babcia odeszła wiele lat wcześniej, w 1983 roku, ale zaledwie osiem dni później w lipcowym kalendarzu – 12 lipca. Oboje odeszli w lipcu, w rocznicę tamtych strasznych dni.
Za ich plecami nadal leniwie płynie Bug. Po drugiej stronie nadal wyrasta ta sama, zielona ściana lasu. A ja, ilekroć patrzę na tę fotografię, wiem, że patrzę na coś znacznie większego niż zwykła pamiątka. Patrzę na cichy triumf ocalałego życia, z którego wyrósł mój własny świat.
