Logo
"Niezależne media to fundament wolności i demokracji.
Konkretnie po to, abyś Ty mógł mieć własne zdanie."
← POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
Opublikowano: 16.02.2026

Srebro nas parzy, a „drugi Wołyń” nie przeszkadza. Hipokryzja na poziomie olimpijskim.

Zdjęcie

 

Aż trudno uwierzyć, żeby zdobycie medalu przez reprezentanta Polski na Igrzyskach Olimpijskich mogłoby być tak problematyczne. Chociaż słowo „problematyczne” nie do końca tu oddaje emocje. Otóż w łyżwiarstwie szybkim na dystansie 10 000 metrów srebro dla Polski wywalczył  urodzony w Rosji 23-letni Władimir Semirunnyj. Po medalach (srebrnym i brązowym) Kacpra Tomasiaka wszyscy się rozpływali. Niemal każdy tym sukcesem się chwalił tak jakby przynajmniej raz w życiu narty mu smarował. Nie jest to bynajmniej krytyka takiego zachowania. Pochwała jednak również nie. Każdy sportowe emocje przeżywa po swojemu. Ale kiedy Kacper Tomasiak odniósł sukces wszyscy jednym chórem wynosili go pod niebiosa. Bohater. Oczywiście absolutnie nic nie ujmuję Kacprowi. Fenomenalny sukces. Niemniej fenomenalny był również sukces Władimira. Tyle, że tu jakoś cisza… Już chóru piewców sukcesu nie było aż tylu. Tak jakby ten medal zdobył w jakichś podejrzanych okolicznościach. Nic podobnego. Medal taki sam jak Kacpra i każdego innego olimpijczyka.

O co zatem chodzi?

Jednoznacznie odpowiedzieć raczej się nie da. Jednak z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa założyć można, że chodzi o jakąś naszą narodową nieprzepracowaną traumę. Chwalenie się tym medalem to przecież prosta droga do bycia „onucą”.  Prawie jak jakiś coming out. Maski opadają: „Jestem onucą, brawo Władimir…” Jeszcze to imię… Na szczęście Władek ( bo tak w trakcie transmisji nazywali go komentatorzy) to  Władimir Siergiejowicz, a nie Władimirowicz. Gdyby nie ten szczegół to każdy cieszący się z tego sukcesu mógłby być poczytany za „onucę dwustuprocentową”.

Żeby dolać oliwy do ognia to aktywiści z „Euromaidan – Warszawa” napisali na ten temat artykuł. Załączając zdjęcie ( jest i u nas) stwierdzili, że „Medal dla Polski, ale warto znać całą prawdę”. Jaka to prawda? Ano taka, że Władimir Semirunnyj to Rosjanin, w 2019 roku uciekł z Rosji, a do Polski trafił w 2023 roku. Ich zdaniem wystarczyło kilkanaście miesięcy, żeby z reprezentanta państwa-agresora stać się „polskim” medalistą. Dodatkowo stwierdzają, że w tym czasie ukraińscy sportowcy giną przez rosyjską agresję. Ich zdaniem „medal dla Polski cieszy, ale nie warto udawać, że historia nie istnieje”.

Nie da się nad tym przejść obojętnie.

Oczywiście można stwierdzić, że to jedynie zdanie „grupki aktywistów” i sprawę zbagatelizować, ale to będzie chowanie głowy w piasek. To nie jest zdanie „grupki aktywistów”. To krytyka. Krytyka, która stawia Polaków w sytuacji niemal zdrajców. Za co? Za to, że przyjęła do siebie (tak samo zresztą jak miliony uchodźców z Ukrainy) chłopaka z Rosji, który nie chciał żyć w kraju, który napada na inne państwa. I nie uciekł po wybuchu pełnoskalowej wojny z Ukrainą. Zrobił to już w 2019 roku. Jako szesnastolatek. A tu zarzuty takie jakby przynajmniej dowodził batalionem rosyjskiej armii. W dodatku nie startował w łyżwiarstwie szybkim tylko w biathlonie. Nie strzelając do tarczy tylko do rywali. Ostrymi nabojami. W koszulce z podobizną Władimira Władimirowicza… Obłęd jakiś.

Żeby było ciekawiej, niemal w czasie równoległym ukraiński piłkarz Mychajło Mudryk, reprezentujący Chelsea Londyn, aktualnie zawieszony za stosowanie dopingu, w wolnym czasie postanowił pograć sobie w Counter Strike’a ( strzelanka FPS dla niewtajemniczonych). Nie bardzo mu szło więc postanowił się wyżyć na swoich przeciwnikach. Przeciwnikami tymi byli jak na złość Polacy. Co im napisał? Że zrobi im „Wołyń”. Tak, dokładnie to napisał. Później zamiast przeprosić to tłumaczył, że został sprowokowany ( tak samo pewnie jak oprawcy z 1943 roku), ale za swój wybryk dostał na razie karę 28 dni bana na tę grę. Tutaj rozumiem możemy udawać, że historia nie istnieje?

Kontrast jaki tu wybija jest porażający. Młody chłopak z Rosji, który dostał polskie obywatelstwo zdobywa medal dla naszego kraju to wręcz powód do wstydu. Atakowanie go za to, że jest Rosjaninem, w sytuacji gdy chłopak włożył gigantyczny wysiłek w przygotowanie do igrzysk, nie mniejszy w naukę języka polskiego i pełną asymilację, to czysty absurd. Sportowiec wybrał Polskę jako swoją nową ojczyznę, szanuje jej barwy i dziękuje kibicom po polsku. To jest modelowy przykład tego, jak chcielibyśmy, aby obcokrajowcy traktowali nasz kraj. Jeśli ktoś odcina się od zbrodniczego systemu, przyjeżdża tutaj i pracuje na nasz wspólny sukces, to jest „nasz” i kropka. W dodatku przecież nie wyłudził bycia reprezentantem tylko wybrali go specjaliści w tej dziedzinie.

Tymczasem przypadek Mychajła Mudryka (milionera z Chelsea)  to esencja niewdzięczności. Człowiek reprezentujący kraj, który otrzymuje od Polski bezprecedensową pomoc, podczas gry online rzuca w stronę polskich graczy tekstami „zawsze będziesz pamiętać Wołyń żebraku”. Tutaj jakoś aktywiści z „Euromaidan – Warszawa” nie mają nic do powiedzenia. Tutaj można udawać, że historia nie istnieje.

Ta porażająca asymetria w reakcjach to lekcja, której nie wolno nam zlekceważyć. Musimy wreszcie zrozumieć brutalną prawdę o relacjach międzyludzkich, która bezlitośnie przekłada się na politykę międzynarodową. Szacunku nie dostaje się w prezencie za bycie miłym czy uczynnym. Szacunek to twarda waluta, na którą pracuje się asertywną postawą i jasnym przekazem, że tego szacunku nadwyrężać nie można. Kto nie stawia granic szybko staje się wycieraczką.

Jeśli jako wspólnota będziemy kulić uszy pod dyktando cudzej histerii i pozwalać na szarganie naszej pamięci w imię źle pojętej dyplomacji, staniemy się jedynie tłem dla cudzych interesów. Pora wyprostować kręgosłupy i przyjąć do wiadomości prostą zasadę: dopóki my sami nie zaczniemy szanować własnych dokonań i twardo bronić swojego imienia, nikt, ani na Wschodzie, ani na Zachodzie, nie poczuje respektu wobec nas. Szacunek innych jest tylko echem szacunku, jaki mamy do samych siebie.