Logo
"Niezależne media to fundament wolności i demokracji.
Konkretnie po to, abyś Ty mógł mieć własne zdanie."
← POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
Opublikowano: 17.06.2026  |  Autor: red. naczelny Konkretnie

Sahryń to nie Wołyń. AK to nie UPA. Dlaczego historyczny symetryzm jest manipulacją.

Zdjęcie główne

Debata o polsko-ukraińskiej przeszłości przekroczyła w ostatnim czasie granicę, za którą kończy się rzetelny spór naukowy, a zaczyna ordynarne fałszowanie historii. Wydarzenia z ostatnich dni dobitnie pokazują, jak głęboko w przestrzeń medialną i polityczną wnika niebezpieczny, fałszywy symetryzm, którego celem jest relatywizacja ludobójstwa. Gdy na antenie telewizji publicznej w programie „Kłamstwo nie przejdzie” zaproszony ekspert, historyk Kazimierz Wóycicki, rzuca skandaliczną tezę, że „Armia Krajowa to jest UPA”, stawiając na jednej szali polskie podziemie niepodległościowe i formację odpowiedzialną za brutalną czystkę etniczną, stajemy przed jawnym gwałtem na prawdzie historycznej. Sytuację tę potęguje niedawna wypowiedź wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego, Andrzeja Szeptyckiego, który na antenie TOK FM pozwolił sobie na porównanie bojowników UPA do polskich „żołnierzy niezłomnych”. Choć pod naciskiem opinii publicznej wiceszef resortu musiał za te słowa przeprosić, sam fakt, że tego rodzaju aberracje padają z ust wysokich urzędników państwowych i są legitymizowane w ogólnokrajowych mediach, wymaga stanowczego, merytorycznego sprzeciwu.

Próby zrównywania czynów Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich z działaniami Ukraińskiej Powstańczej Armii – a w szczególności przedstawianie polskich akcji odwetowo-uprzedzających na terenie powiatów hrubieszowskiego i tomaszowskiego wiosną 1944 roku jako polskiego odpowiednika rzezi wołyńskiej – stanowią nie tylko drastyczny błąd metodologiczny, ale przede wszystkim politycznie motywowaną manipulację. Zestawianie brutalnych realiów tzw. rewolucji hrubieszowskiej z systematyczną eksterminacją polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nie wytrzymuje zderzenia z krytyczną analizą źródeł. Próba stawiania znaku równości między polskimi a ukraińskimi strukturami zbrojnymi to nie tylko historyczny fałsz, ale wręcz niebezpieczna próba rehabilitacji zbrodniarzy.

Asymetria intencji: Ludobójczy plan a doktryna obrony czynnej

Podstawowa różnica między działaniami OUN-UPA a polskiego podziemia tkwi w ich celu politycznym, genezie oraz samej intencji operacyjnej. Masowa eksterminacja polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, realizowana od początku 1943 roku, była efektem odgórnej, systematycznej polityki czystki etnicznej zaplanowanej przez kierownictwo OUN-B pod wodzą Stepana Bandery. Celem ukraińskich nacjonalistów było całkowite i bezwarunkowe usunięcie elementu polskiego z ziem, które uznawali za rdzennie ukraińskie, aby postawić przyszłą konferencję pokojową przed faktami dokonanymi. Był to klasyczny przykład ludobójstwa, zorganizowanego z zimną krwią i wymierzonego w bezbronną ludność cywilną.

Z zupełnie innych przesłanek wyrastały wydarzenia z wiosny 1944 roku na Zamojszczyźnie i południowej Chełmszczyźnie, określane w raportach Batalionów Chłopskich jako „rewolucja hrubieszowska”. Stanowiły one bezpośrednią i niezwykle dramatyczną reakcję na realne zagrożenie przeniesieniem rzezi wołyńskiej na zachodni brzeg Bugu. Pod koniec 1943 roku na Lubelszczyznę napłynęły dziesiątki tysięcy polskich uchodźców z Wołynia, przynosząc ze sobą paraliżujące relacje o skrajnym okrucieństwie ukraińskich bojówek. Jednocześnie na terenie powiatu hrubieszowskiego zaczęły pojawiać się ulotki OUN wzywające Polaków do natychmiastowego opuszczenia tych ziem pod groźbą śmierci.

Lokalne dowództwo AK, z Marianem Gołębiewskim na czele, oraz Batalionów Chłopskich dysponowało raportami wywiadowczymi o koncentracji sił ukraińskich. Polscy dowódcy stanęli przed dramatycznym wyborem między bezczynnym czekaniem na rzeź własnych rodzin a podjęciem obrony czynnej. Decyzja o uderzeniu uprzedzającemu miała na celu zniszczenie zaplecza logistycznego ukraińskich nacjonalistów, czyli wsi, które służyły jako bazy wypadowe dla UPA i ukraińskiej policji pomocniczej. Celem polskiej ofensywy nie była eksterminacja narodu ukraińskiego jako takiego, lecz fizyczne uniemożliwienie UPA powtórzenia scenariusza wołyńskiego na terytorium okupowanej Polski.

Kontrast taktyczny: Skuteczność asymetryczna a starcie regularne

Jednym z najbardziej uderzających aspektów konfliktu polsko-ukraińskiego jest głęboka asymetria militarna oraz specyfika zachowań bojowych UPA. Analiza starć wykazuje uderzający kontrast między skutecznością UPA w asymetrycznych atakach na bezbronną ludność cywilną a jej ograniczonymi zdolnościami taktycznymi w starciu z regularnym, zorganizowanym i zdeterminowanym przeciwnikiem zbrojnym. Ukraińscy nacjonaliści odnosili sukcesy wszędzie tam, gdzie ich przeciwnikiem były bezbronne polskie kobiety, dzieci i starcy, mordowani podstępnie w zaryglowanych domach i kościołach. Jednak w starciu ze zorganizowanymi, uzbrojonymi oddziałami polskimi mit o rzekomej potędze militarnej UPA błyskawicznie pękał, co potwierdzają w swoich pracach wybitni badacze tematu, na czele z profesorem Grzegorzem Motyką.

Najlepszym tego dowodem jest przebieg walk na Lubelszczyźnie wiosną 1944 roku. Polskie siły, liczące od pięciuset do ponad tysiąca żołnierzy Armii Krajowej pod dowództwem porucznika Zenona Jachymka „Wiktora” oraz Batalionów Chłopskich pod wodzą Stanisława Basaja „Rysia”, w krótkim czasie rozbiły szereg ufortyfikowanych ukraińskich punktów oporu. W Sahryniu, mimo obecności posterunku policji pomocniczej i struktur Samoobronnych Oddziałów Kuszczowych, obrona załamała się niemal natychmiast pod polskim uderzeniem. Podobną słabość taktyczną w otwartym boju UPA wykazywała w zderzeniu z regularnymi strukturami polskimi na Wołyniu, na przykład podczas walk z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK, czy też przy bezskutecznych próbach zdobycia słynnej bazy polskiej samoobrony w Przebrażu, która mimo ogromnej przewagi liczebnej napastników nigdy nie została przez siły ukraińskie zdobyta.

Warto również zauważyć, że w przeciwieństwie do Armii Krajowej, która z okupantem niemieckim prowadziła bezkompromisową walkę, stosunek UPA do Niemców w 1944 roku był wysoce pragmatyczny i opierał się na lokalnych układach o nieagresji oraz wymianie handlowej, polegającej na dostarczaniu żywności i informacji wywiadowczych w zamian za niemiecką broń. To kolejny dowód na fałszywy symetryzm, gdyż AK i UPA to formacje o skrajnie różnych fundamentach moralnych i politycznych.

Tragedia Sahrynia: Pomiędzy faktami a powojenną mitologią

Pisząc o wydarzeniach określanych mianem rewolucji hrubieszowskiej, nie wolno uciekać od bolesnej prawdy o Sahryniu, który został zaatakowany dziesiątego marca 1944 roku. Rzetelność historyczna wymaga jednak precyzyjnego oddzielenia faktów od mitów, zarówno tych tworzonych po wojnie przez polskich apologetów, jak i tych generowanych przez współczesną ukraińską politykę historyczną.

Wokół Sahrynia narosła narracja o potężnej bazie sotni UPA, jednak współczesne badania historyczne weryfikują te twierdzenia. W marcu 1944 roku w Sahryniu nie stacjonowała żadna regularna, leśna sotnia UPA. We wsi znajdował się natomiast ufortyfikowany posterunek Ukraińskiej Policji Pomocniczej pozostającej w służbie niemieckiej oraz silny, uzbrojony oddział lokalnej samoobrony, znany jako Samoobronne Oddziały Kuszczowe. Mimo braku regularnego wojska, Sahryń stanowił realne zagrożenie jako baza operacyjna. Mimo trwającego do dziś sporu historyków co do dokładnej interpretacji dokumentów UPA zdobytych w bunkrze w Szychowicach – część badaczy, jak dr Mariusz Zajączkowski, sugeruje, że planowane na połowę marca działania dotyczyły formowania nowej sotni w Brodzicy i jej wymarszu na szkolenie, a nie bezpośredniego uderzenia – dla polskiego dowództwa sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Operując w warunkach paraliżującego strachu przed powtórzeniem rzezi wołyńskiej, meldunki wywiadowcze o koncentracji sił ukraińskich oraz bezpośrednie prowokacje, takie jak mord Polaków w pobliskim folwarku Miętkie dziewiątego marca, stanowiły bezdyskusyjny imperatyw do podjęcia natychmiastowej akcji prewencyjnej.

Podczas szturmu, w wyniku użycia amunicji smugowej i silnego wiatru, drewniana wieś spłonęła niemal całkowicie. Doszło do pacyfikacji, w której ucierpiała ludność cywilna, a szacunki dotyczące liczby ofiar ukraińskich wahają się w zależności od przyjętej przez badaczy metodologii. Tradycyjne ustalenia pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej wskazywały na liczbę od stu pięćdziesięciu do trzystu zabitych. Nowsze badania szczegółowe, przeprowadzone przez Mariusza Zajączkowskiego, precyzują tę statystykę do dwustu trzydziestu cztery bezpośrednio zidentyfikowanych z imienia i nazwiska ofiar. Z kolei skrupulatne analizy statystyczne Igora Hałagidy sugerują, że liczba ofiar mogła wynieść co najmniej sześćset sześć osób, w tym dwieście trzydzieści jedna kobiet oraz sto pięćdziesiąt jeden dzieci. Najdalej idące szacunki ukraińskie, podające od sześciuset do ponad tysiąca dwustu ofiar, często sumują tragiczne straty z samego Sahrynia z zabitymi w sąsiednich koloniach podczas prowadzonych równolegle akcji. Po stronie polskiej straty nacierających oddziałów były minimalne i zamknęły się w liczbie dwóch poległych, z których jeden został rozstrzelany przed akcją za niesubordynację i samowolny rabunek mienia. W wyniku pacyfikacji zginęło również siedmiu polskich mieszkańców Sahrynia, którzy przebywali we wsi w momencie ataku.

W polskich relacjach kombatanckich przez lata funkcjonował argument mający usprawiedliwić śmierć tak wielu kobiet i dzieci, według którego ukraińscy policjanci i bojownicy mieli rzekomo uciekać ze wsi w przebraniach kobiecych, co zmuszało Polaków do strzelania do wszystkich uciekających postaci. Krytyczna analiza historyczna nie jest w stanie tego jednak potwierdzić, traktując tę relację jako klasyczną powojenną narrację racjonalizującą i legitymizującą przemoc wobec osób nieuzbrojonych. Śmierć setek kobiet i dzieci, często w bezpośrednim kontakcie w schronach i piwnicach, była tragicznym efektem brutalnego zastosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej, przejawiającej się chociażby wrzucaniem granatów do ukryć, w których chronili się cywile.

Na tak bezwzględny przebieg akcji kluczowy wpływ miały czynniki psychologiczne i personalne. W szeregach Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich walczyli uchodźcy z Wołynia oraz byli polscy policjanci, którzy w rzeziach stracili całe rodziny. Kierowała nimi potężna żądza odwetu, którą polskie dowództwo po prostu wkalkulowało w koszty tej operacji. Dodatkowo wieczorem dziewiątego marca, tuż przed atakiem, porucznik Zenon Jachymek zorganizował dla swoich podkomendnych oględziny zmasakrowanych ciał Polaków zamordowanych w pobliskym folwarku Miętkie. Widok ten drastycznie zradykalizował partyzantów i wybił im z głów jakiekolwiek skrupuły. Choć Sahryń był tragedią i z punktu widzenia prawa międzynarodowego nosi znamiona zbrodni wojennej, nadal nie można go zrównywać z Wołyniem. Sahryń był dramatycznym epizodem w toku brutalnej wojny partyzanckiej, wywołanej strachem przed biologiczną eksterminacją, podczas gdy Wołyń stanowił metodyczną, trwającą kilkanaście miesięcy akcję eliminacji całego narodu, prowadzoną bez jakiegokolwiek militarnego uzasadnienia.

Pragmatyzm rozpaczy: Sojusz AK-WiN i UPA (1945–1946)

Ostatecznym dowodem na to, że polskie podziemie nie kierowało się ideologią nienawiści rasowej czy etnicznej – w przeciwieństwie do struktur OUN – jest fakt nawiązania taktycznej współpracy z UPA niespełna rok po krwawych walkach na Lubelszczyzny. Wraz z wejściem Armii Czerwonej i instalacją władzy komunistycznej w Polsce sytuacja geopolityczna uległa całkowitej zmianie. Zarówno polskie podziemie poakowskie, przekształcone w Wolność i Niezawisłość, jak i UPA znalazły się w kleszczach bezwzględnego terroru NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Walka na dwa fronty oznaczała dla obu stron fizyczną eksterminację, co wymusiło rewizję dotychczasowych priorytetów i poszukiwanie pragmatycznych rozwiązań mających na celu przetrwanie przed wspólnym, totalitarnym wrogiem.

Dwudziestego pierwszego maja 1945 roku w pobliżu wsi Ruda Różaniecka doszło do spotkania mediatorów obu stron przy udziale duchowieństwa katolickiego i prawosławnego. Inicjatorem rozmów był komendant lwowskiego okręgu UPA, pułkownik Wasyl Lewkowycz „Woronyj”, który wysłał na Lubelszczyznę Jewhena Sztenderę „Pryrwę”. Porozumienie to miało charakter wyłącznie taktyczny i wojskowy. Zawarte wówczas lokalne porozumienie opierało się na ściśle pragmatycznych przesłankach, przewidujących natychmiastowe zaprzestanie ataków na ludność cywilną i podpalania wsi, precyzyjny podział stref wpływów operacyjnych na Zamojszczyźnie oraz koordynację działań wywiadowczych i zbrojnych przeciwko komunistycznemu aparatowi bezpieczeństwa. Polskie dowództwo traktowało ten pakt wyłącznie jako lokalny układ o nieagresji, kategorycznie odrzucając jakiekolwiek porozumienia polityczne czy wspólne deklaracje programowe na szczeblu centralnym.

Postać Jewhena Sztendery „Pryrwy”, jednego z sygnatariuszy porozumienia i dowódcy ukraińskiego podczas wspólnego ataku WiN i UPA na Hrubieszów w maju 1946 roku, idealnie obrazuje te tragiczne sprzeczności. Fakt, że Sztendera wstąpił w szeregi UPA na Wołyniu w 1943 roku – a więc w samym apogeum realizowanego tam ludobójstwa – oznacza, że jako żołnierz i późniejszy oficer należał do formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu, stając się integralną częścią struktur bezpośrednio obciążonych tymi zbrodniami. Mimo tej mrocznej i obciążającej karty w biografii Sztendery, polscy dowódcy w 1945 roku usiedli z nim do stołu negocjacyjnego. Stało się tak, ponieważ polskim podziemiem nie rządził ślepy szowinizm, lecz racjonalna kalkulacja i chęć ochrony resztek polskiej ludności przed wywózkami i terrorem komunistycznym. Gdyby Polacy realizowali program nienawiści etnicznej analogiczny do programu OUN, jakakolwiek współpraca z człowiekiem uwikłanym w struktury wołyńskie byłaby absolutnie niemożliwa.

Podsumowanie: Dlaczego symetryzm jest manipulacją

Zrównywanie rewolucji hrubieszowskiej z ludobójstwem wołyńskim to rażąca manipulacja oparta na ignorowaniu kontekstu przyczynowo-skutkowego. Podstawowy fakt historyczny wskazuje, że bez Wołynia nie byłoby Sahrynia, a polskie uderzenie wiosną 1944 roku stanowiło desperacką próbę zapobieżenia eksterminacji Polaków na Lubelszczyźnie. Całkowicie różny był także charakter samych działań, ponieważ UPA prowadziła zaplanowaną odgórnie akcję ludobójczą wymierzoną w cywilów, podczas gdy Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie prowadziły brutalną operację prewencyjno-odwetową o charakterze obrony czynnej przeciwko bazom wypadowym przeciwnika.

Kluczowa różnica tkwi w zderzeniu ideologii z pragmatyzmem. Podczas gdy OUN-B opierała swoje działania na integralnym nacjonalizmie i dążeniu do fizycznej eliminacji mniejszości narodowych, polskie podziemie, mimo tragicznych i godnych potępienia epizodów odwetu na cywilach, kierowało się pragmatyzmem obronnym, co dobitnie udowodnił późniejszy sojusz WiN-UPA przeciwko sowietom. Tragedia Sahrynia i ofiary cywilne po stronie ukraińskiej wymagają pamięci oraz szacunku, jednak próby wykorzystywania tych wydarzeń do stawiania znaku równości między katem a ofiarą, między systematycznym ludobójstwem a operacją prewencyjno-odwetową, są jawnym gwałtem na prawdzie historycznej.