Logo
"Niezależne media to fundament wolności i demokracji.
Konkretnie po to, abyś Ty mógł mieć własne zdanie."
← POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
Opublikowano: 21.03.2025

Ocalić od zapomnienia… Rozmowa z ks. prałatem Andrzejem Puzonem

Zdjęcie

Red. Konkretnie: Temat „Wołynia” jako taki nie jest zbyt znany poza kresami Polski. Jak ks. Prałat się o tym dowiedział i kiedy?

Ks. Prałat A. Puzon: Kiedy w 1983 roku przyszedłem decyzją biskupa lubelskiego na proboszcza do Hrubieszowa, spotkałem się tu ze środowiskiem ludzi pochodzących z Wołynia. Żołnierze 27. Dywizji Wołyńskiej, którzy rzeczywiście szukali pewnego wsparcia, żeby się nimi zainteresować. A z drugiej strony z racji mojego powiązania z wojskiem, żeby pomóc im w odnajdywaniu tych krzyży i grobowców na Wołyniu. I tak to się stało, że po głębszym zapoznaniu się, zorientowaniu się w czym problem, postanowiliśmy kiedyś pojechać właśnie na Wołyń by szukać grobów tych żołnierzy, którzy tam zginęli. I tak to w dziewięćdziesiątych latach pojechaliśmy do Włodzimierza. Oczywiście to nie było jeszcze takie przejście graniczne jak w tej chwili jest. To było takie partyjne przejście na 22 lipca na 1 maja, ale jakaś była życzliwość. Tak troszkę było odwilży i na wschodzie i u nas i przez to przejście puszczono nas na Ukrainę do Włodzimierza Wołyńskiego. Tam oczywiście mieliśmy kontakty przez 27. Dywizję z tymi Polakami, którzy pozostali i byli powiązani z Polską. Była tam taka pani Franciszka Prus. Polka, która wyszła za mąż za Ukraińca. Bardzo życzliwa i pomocna i pielęgnująca pamięć o Polakach zamordowanych na Wołyniu. W pierwszej kolejności udaliśmy się na cmentarz w Uściługu. Tam wcześniej był piękny cmentarz, na którym pochowani byli Polacy. Niestety zastaliśmy tam przedziwną rzecz. Wcześniej przed nami poszedł spychacz. Te pomniki zniszczono. Nawet kości wyglądały z tych grobów. Obecnie jest tam kaplica, gdzie odprawiane są msze święte. To było takie nasze pierwsze zetknięcie się. Stamtąd pojechaliśmy do Włodzimierza. Kroki skierowaliśmy na cmentarz we Włodzimierzu Wołyńskim, poszliśmy na groby księży, którzy zostali zamordowani i wielu innych Polaków, którzy byli zaangażowani w walkę wolnościową i w obronę ludności polskiej mieszkającej właśnie we Włodzimierzu i w okolicach. Tam po zapaleniu zniczy, po modlitwie pojechaliśmy do kościoła farnego. Oczywiście ten kościół farny był zamknięty jako kościół, tylko była tam kawiarnia w podziemiach i na górze była sala koncertowa. Nasze spotkania w tym momencie były przejmujące bo ludzie pamiętali ten kościół, tam byli ochrzczeni, tam brali śluby, tam się modlili, tam skrywali się w czasie trudnym dla Polaków. Tam też spotkaliśmy panią Franciszkę Prus. Ona do nas przyszła i wtedy ustaliliśmy, że pojedziemy do Bielina za Włodzimierz. To była Polska wieś, w której znajdowała się, że tak powiem linia oporu przed Ukraińcami i tam stacjonowały polskie oddziały 27. Dywizji AK i ludzi, którzy chronili się przed zbrodniami dokonywanymi przez Ukraińców. Pojechaliśmy tam, aby zobaczyć jak to miejsce wygląda. Kościół był zniszczony kompletnie. Kościół rzymskokatolicki. Zrobiono z niego salę do zabaw, ale później dosłownie tam ludzie zrobili wychodek, załatwiali się, niszczyli. Zniszczony był cmentarz przykościelny. Nie było żadnych grobów, ale ktoś pamiętał z tych wołyniaków, że chowano ludzi przy lesie za miejscowością Bielin. Pojechaliśmy do tego lasu. Był on zarośnięty kompletnie, chaszcze, drzewa. Weszliśmy w te chaszcze i tam znaleźliśmy dwa czy trzy krzyże z napisem: „Armia Krajowa” i „1943 rok”. Wtedy podjęliśmy decyzję, aby ten cmentarz jakoś odnowić, zadbać o niego, żeby przywrócić go do należnego mu kultu.

Red. Konkretnie: A jakie były reakcje miejscowej ludności i władz?

Ks. Prałat A. Puzon: Nawiązaliśmy kontakt z władzami Włodzimierza z panem Potorajem, który był głową tamtego rejonu, i który notabene urodził się w Masłomęczu koło Hrubieszowa. Miał on takie ciągoty też do stron, w których się urodził i chciał tu przyjechać. On właśnie nam pomógł, abyśmy w jakiś sposób to miejsce pamięci narodowej odzyskali. Ludność miejscowa ukraińska jak myśmy się tam pojawi, to przyglądali się nam kto my jesteśmy, po co myśmy tu przyjechali.  Co niektórzy mówili że chcemy Wołyń przywrócić z powrotem do Polski.

Red. Konkretnie: Aż takie reakcje?

Ks. Prałat A. Puzon: Takie reakcje były właśnie, z nieufnością taką.

Red. Konkretnie: Ksiądz tłumaczył im że to nie o to chodzi? Czy to musiało podlegać wyjaśnieniom?

Ks. Prałat A. Puzon: Tak, trzeba było tłumaczyć. Zwłaszcza ta pani Franciszka Prus, ona tam z tymi ludźmi miała kontakt i ona też im wyjaśniała powody, ale ja to również robiłem. Po pewnym czasie władze ukraińskie zgodziły się rekultywować ten cmentarz. Myśmy poprosili, że chcemy upamiętnić krzyżami, że tu był cmentarz, że pomordowani ludzie tu spoczywają. Chcieliśmy postawić przy kościele trzy krzyże, w miejscu cmentarza i tam przy tym lesie. W końcu  udało się ustalić z władzami rejonu, że my chcemy ten cmentarz  przywrócić do pamięci, te miejsca gdzie są pochowani Polacy. Nic więcej nie chcemy.

Red. Konkretnie: Czyli czysto ekumeniczny, czysto chrześcijański wymiar?

Ks. Prałat A. Puzon: Tak jest. To był nasz zamiar. Upamiętnić tych ludzi którzy zostali zamordowani, rzuceni do tych dołów. Przecież byli to ludzie tragicznie pomordowani. Czy to siekierami przerąbani na pół, kosami poprzecinani, piłami, czy też w ogień na żywca, czy dzieci o ścianę budynków rozbijano. Podczas rozmów z miejscowymi i z panią Franciszką okazało się, że tam w Bielinie był Ukrainiec mówiący świetnie po polsku. On mieszkał kiedyś w Polsce, a później przeniósł się do Bielina i nam troszkę poopowiadał o tych tragediach. Co to się działo z Polakami i w tych walkach, które tam się toczyły.

Red. Konkretnie: Czyli był udział władz ukraińskich w odnawianiu tego cmentarza?

Ks. Prałat A. Puzon: Oni pomału się otwierali na nas. Oczywiście nic za darmo, bo zażądali sobie za to 25 ton ziemniaków. Daliśmy im te ziemniaki. Tam była bieda. Gdy tam jeżeliśmy to zawsze coś dla tych ludzi zabieraliśmy.

Red. Konkretnie: Pamiętam gdy ksiądz ogłaszał, że jedzie na Wołyń to zawsze była zbiórka darów.

Ks. Prałat A. Puzon: Myśmy chcieli upamiętnić tych ludzi, którzy tragicznie zginęli i zostali zamordowani. Kiedy władze ukraińskie się zgodziły, że tam możemy pojechać i tam możemy postawić te krzyże i odprawić mszę świętą to na trzy autokary pojechaliśmy wtedy do Bielina. Pamiętam ten dzień. Bardzo pochmurny, niedziela to była. Bardzo deszczowy. Wydawało się, że samo niebo płacze za tymi ludźmi, którzy zostali pomordowani, za tym Wołyniem. Miejscowi ludzie przyszli nawet. Nie uczestniczyli jako tako we mszy świętej czynnie jak my, ale przyglądali się. Po mszy świętej przy kościele, gdzie odprawiałem mszę świętą, przeszliśmy pod las w Bielinie, gdzie odnowiliśmy ten cmentarz. Powycinaliśmy drzewa, chaszcze. Przywróciliśmy mniej więcej kawałek tego cmentarza, bo trudno powiedzieć, że całkowicie myśmy ten cmentarz odzyskali. Tam były już pola uprawne i trzeba by było wchodzić na czyjąś posesję.  Nie chcieliśmy tego czynić, żeby nie zaogniać sytuacji. Muszę powiedzieć, że nawet ukraińskie władze nam pomagały. Myśmy w przededniu pojechali zobaczyć jak tam to jest przygotowane i oni chcieli nam zrobić przysługę. Wysłali spychacz, żeby drogę wyrównać, bo tam te ciągniki z PGRu poniszczyły drogę. I w nocy przeszła burza. To było niesamowite, to błoto, my ubłoceni, ale ze łzami w oczach poszliśmy na ten cmentarz. Tam poświęciłem ten cmentarz. Nie zapomnę jak jakiś Ukrainiec – bo chciałem zaprać sutannę bo była po kolana w błocie –  zaoferował swoją pomoc. Oni pobiegli po wannę do sąsiada, żebym ja zaprał tę sutannę. Popatrzyłem na to mieszkanie. Straszna bieda. Zamiast łóżka taka prycza była zrobiona z leśnych żerdzi. Na patelni jakiś łój. Tam widać było tę biedę i dlatego kiedy tam jechaliśmy to zawsze coś ze sobą żeśmy brali. Jakieś podarki, żywność, odzież, słodycze dla dzieci, jakieś inne przedmioty, które by im się przydały.

Red. Konkretnie: Domyślam się, że trudno było zorganizować takie rzeczy. Czy na miejscu ksiądz musiał jakieś specjalne starania podejmować? Czy to było przy pomocy duchowieństwa miejscowego czy bardziej władz? Jak to wyglądało? Jak ksiądz tego dokonał, że udało się to załatwić?

Ks. Prałat A. Puzon: Muszę powiedzieć, że dużą pomocą była ta pani Franciszka. Tam wtedy jeszcze jako takich księży nie było, bo jeszcze ten kościół nie był odzyskany we Włodzimierzu Wołyńskim. I właśnie zahaczył pan o bardzo istotną sprawę. Ludzie kiedyśmy byli w tym kościele, który był kawiarnią i koncertową salą sami prosili: „proszę księdza, może ksiądz by załatwił u  władz, żeby oni ten kościół nam oddali, żeby tu się msze odprawiały”.

Red. Konkretnie: Czyli to miejscowa ludność sama przychodziła?

Ks. Prałat A. Puzon: Tak. Ja prosiłem tego mera o to.  Mówił, że „jeszcze nie pora, jeszcze nie teraz. Na rany Bóg jak będziesz odprawiał to mów tak kazanie, żeby nie jątrzyć, żeby nikt się nie przyczepił, bo wy odjedziecie, a my zostajemy tutaj”. I muszę powiedzieć, kiedy właśnie tam wtedy mieliśmy przyjechać na poświęcenie cmentarza, ten mer Włodzimierza mówił:  „Proszę księdza, proszę, żeby ksiądz odprawił w tym kościele mszę świętą”. Myśmy oczywiście w tym kościele odprawili mszę świętą. Przyszło bardzo dużo ludzi, cały kościół. Wtedy z Łucka przyjechali księża i tam odprawialiśmy razem mszę świętą, a ja przewodniczyłem tej mszy świętej. Kiedy wszedłem do tego kościoła by poświęcić jego ściany –  bo wiadomo był on zamieniony na co innego – to ludzie w emocjonalnych reakcjach wyrwali mi kropidło, płakali, całowali mnie po rękach. Ale to jeszcze nie było oddanie kościoła. Ja prosiłem, żeby ten kościół oddać. Po jakimś czasie mer Włodzimierza powiedział: „Proszę księdza, ja oddam księdzu kościół, żeby ksiądz przyjeżdżał tutaj raz na 2 tygodnie odprawiać mszę świętą”. I ja przyjeżdżałem 2 razy w miesiącu do Włodzimierza po południu by tam odprawiać mszę świętą. Oczywiście tam nie było żadnego sprzętu liturgicznego. Wszystko z Hrubieszowa zabrałem, od kielicha, mszału, świec, ornatów, tabernakulum, poprzez inny sprzęt liturgiczny. Tam nic po prostu nie było. Tam odprawiałem i pasterkę i rezurekcję nawet.

Red. Konkretnie: A teraz ten kościół normalnie funkcjonuje?

Ks. Prałat A. Puzon: W pewnym momencie nawiązałem kontakt z nieżyjącym już arcybiskupem Jaworskim, późniejszym Ordynariuszem we Lwowie, żeby dał jakiegoś księdza bo ja nie dam rady na dwa fronty działać. Wtedy najpierw przysłał jednego z księży, który był w Łucku. Był tam w kościele proboszczem i on dojeżdżał do Włodzimierza. Później dano ojca Leszka Koszlagę, który jest do dzisiaj karmelitą bosym. I do dzisiaj on tam jest i już normalnie tworzy
i pracuje we Włodzimierzu. Wybudował też kościół w Nowowołyńsku, bo było zapotrzebowanie wśród górników i tam pomogliśmy mu wybudować ten nowy kościół. Do dzisiaj w tym kościele się odprawia. Cały czas idzie pomoc z naszej strony do tej wspólnoty kościoła na Wołyniu.

 Red. Konkretnie: Jak miejscowa ludność patrzyła na to co robicie na Wołyniu? Jakie były ich reakcje?

Ks. Prałat A. Puzon: Jeśli chodzi o spojrzenie na tych ludzi, to jak oni patrzyli, jak my na nich to nie ulega wątpliwości, że nie było to  przyjacielskie spotkanie. Jeździli z nami przecież Wołyniacy, nasi ludzie, którzy byli związani z tamtymi stronami Przyznam szczerze, nasi ludzie tęsknili za tamtymi stronami, bo tam od dzieciństwa byli i chcieli zobaczyć te swoje strony. A tamci z kolei byli nieufni, że my chcemy to wszystko odbijać, zabierać i tak dalej. Miejscowi czasami w złości czy po pijanemu coś tam prawdę mówili. Mówili, że owszem, chcieli do swojej ziemi mieć swoje prawa. Oni tu Polaków nie potrzebują, jeśli tu byli no to byli. Oczywiście nie przyznawali się zbytnio do tragedii wołyńskich,

Red. Konkretnie: Zaprzeczali temu?

Ks. Prałat A. Puzon: Zaprzeczali temu wszystkiemu. Nie były to proste i łatwe rzeczy. Jeśli chodzi o władze Włodzimierza, to one były jeszcze tak przyjaźniej troszkę nastawione. Ale ta ludność miejscowa to przyznam szczerze, nie była nastawiona pozytywnie.

Red. Konkretnie: A z czego wynikała ich postawa? Bali się o tę ziemię swoją? Boją się coś utracić? Gdzie tu może być problem? Czy wstydzili się tego co zrobili oni sami, bo jak ksiądz zaczynał tam jeździć to przecież jeszcze żyli, a obecnie ich przodkowie nie potrafią się do tego przyznać?

Ks. Prałat A. Puzon: Oni się nawet nie wstydzą. Uważają, że wykonali swój obowiązek, bo oni chcieli oczyścić tamte ziemie od Polaków. Ich było 1 400 000 a nas było 400 000, więc to jest taka różnica. Tam wtedy byli Czesi, byli Niemcy, byli owszem i Rosjanie, Żydzi i tak dalej. To jest taki nacjonalizm ukraiński wschodni, który nie liczy się ani z człowiekiem, ani z historią, ani z Bogiem, ani z ludźmi. To jest właśnie to. Jeśli popi święcili kosy, siekiery dla tych bandytów, którzy mordowali nimi później ludzi, to o czymś to wszystko świadczy.

Red. Konkretnie: Czy ksiądz widzi jakąś szansę na prawdziwe pojednanie między naszymi narodami w chwili obecnej? Co by się musiało zmienić, żeby do takiego pojednania mogło dojść? Jak zbudować polsko-ukraińskie relacje na prawdzie?

Ks. Prałat A. Puzon: Ja powołam się na pana profesora Wiktora Zina, rodaka hrubieszowskiego. On gratulował mi, że jeżdżę tam, że odnawiam te groby, że uczestniczyłem w tym wszystkim. On powiedział wtedy znamienne słowa: „Andrzej nie mów o ekumenizmie, o pojednaniu, bo na razie nie ma tam o tym mowy. Oni o tych rzeczach nie myślą. Wręcz przeciwnie. Są wrogo nastawieni”. Suma summarum, mówi się dzisiaj o ekshumacjach. Ale po wojnie to było pięć ekshumacji zaledwie, a to przecież niewiele. Ja uczestniczyłem w tych pogrzebach ekshumowanych ludzi. Muszę powiedzieć, że nie było tam wielkiego zainteresowania ludności absolutnie, choć tam byli ludzie różnych narodowości. Był i pop i rabin, był i luteranin. Ja nieraz spotykałem Ukraińców w Polsce, kiedy przyjeżdżali tu na roboty, bo ich Polacy najmowali i jak popili to wtedy prawdę mówili. Oczywiście swoją prawdę mówili: oni rezali i będą rezać. Nie zapomnę jak taki pan Puzio pojechał z nami na Wołyń i powiedział, że pojedzie do pewnej miejscowości do Ukraińca, który zabił jego brata i ojca.

Red. Konkretnie: Czyli znał oprawcę swojej rodziny?

Ks. Prałat A. Puzon: Tak. Powiedziałem, że nie wolno mu tam pojechać, bo go jeszcze tam zakatrupi. Ostrzegałem, ale nie posłuchał. Pojechał tam. Najął taryfę i pojechał. Rozmowa była bardzo trudna. Tamten Ukrainiec przyznał się, że zamordował. A kiedy doszło do takiej ostrej wymiany słów, wtedy ten pan Puzio na tyle zmądrzał, on już niestety nie żyje, że czym prędzej wsiadł w taksówkę i powrócił, bo sytuacja była po prostu niebezpieczna.

Red. Konkretnie: Aż tak było niebezpiecznie?

Ks. Prałat A. Puzon: Tak. Więc o ekumenizmie nie ma co mówić. Ta pani Franciszka Prus, przecież ją też chciano zamordować. Ją uratowano tylko i wyłącznie dlatego, że ukryto ją pod gnojem i wywieziono w pole i wtedy ona się schowała, bo jej szukano.  Mówili jej:  „ty jesz ukraiński chleb a jesteś za Polską”. Nie zapomnę jak jechało nas stąd 25 autokarów. Jechał biskup polowy Sławoj Leszek Głódź, generałowie i inni oficjele. Przyjeżdżamy na miejsce, na cmentarz polski, a oni nas powitali słowami: ”przyjechali polscy banderowcy”. Więc na razie nie ma co mówić o jakimś tam wielkim pojednaniu.

Red. Konkretnie: Ostatnimi czasy można w przestrzeni publicznej spotkać się z opiniami, że dla „wyższych wartości” czyli na przykład obronienia się przed imperializmem rosyjskim, albo z jakimiś innymi zagrożeniami warto, żeby Polacy odpuścili trochę z tej pamięci, o tych ofiarach, o Wołyniu, że należy patrzeć w przyszłość, a nie żyć przeszłością. Może to jednak słuszna droga?

Ks. Prałat A. Puzon: Ja powiem jedno: musi wymrzeć kilka pokoleń, które by zapomniały o tych tragediach.

Papież Jan Paweł II, podczas mszy świętej we Lwowie w czerwcu 2001 roku, mówił o tym pojednaniu. Ale powiedział też, że pojednanie nie równa się z zapomnieniem. Przebaczyć trzeba, ale pamiętać też trzeba. Proszę pana, jeśli ci ludzie przeżyli tragedię morderstwa siekierami, widłami, topienia w studni, palenia w kościele to jak o tym można zapomnieć? To trzeba być w tamtych stronach, po tej ziemi kroczyć, żeby wyczuć ten klimat. Wsie polskie popalone, pozostały stare drzewa.

Red. Konkretnie: Szczególnie, że to w większości była prosta ludność. Zestawiając to z Katyniem to można powiedzieć, oczywiście w uproszczeniu, że tam były ofiary z wyższych sfer. O nich ma kto się upomnieć. O ludobójstwie na Wołyniu już nie tak bardzo. Dlatego to jest tak ważne, by nie zatracić tej pamięci.

Ks. Prałat A. Puzon: Obie tragedie są istotne dla pamięci narodowej. W Katyniu zginęło 20 tys. ludzi, na Wołyniu, wg różnych szacunków 120 tys. Ta ziemia wołyńska ocieka krwią, ocieka cierpieniem. Dlatego też kiedy jeżdżę tam i odprawiam msze, czy to w Kisielinie w kościele, czy w Łucku, czy w innych miejscach to zawsze przyjeżdżam z takim obolałym sercem, bo sobie wyobrażam co ci ludzie musieli przeżywać.

Red. Konkretnie: W dodatku przecież nie chcemy zemsty. Chcemy pamięci i ekshumacji by móc godnie pochować swoich rodaków.

Ks. Prałat A. Puzon: W tej chwili już raczej proszę nie wierzyć w to, że będą jakieś ekshumacje. Na razie jest to bardzo daleka droga i wątpię czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Będzie tam może czasami jakiś odruch jeden czy drugi. Nic więcej. Skala tego jest ogromna. Na przykład Pisarzowa Wola: prawie 2 tysiące zamordowano w ciągu 8 godzin. No to proszę sobie wyobrazić. Ja nie zapomnę jak kiedyś redaktor ukraińskiej gazety do mnie przyszedł i mówi: „no przecież Ukraińcy też byli przez Polaków mordowani. Ja mówię tak: „Tylko was zginęło w czasie wojny około 10 tysięcy Ukraińców, a Polaków ponad 120 tysięcy. Jednak mimo wszystko dalej tam jeżdżę i będę jeździł. Cały czas odprawiam msze, pomagam. Teraz w Wielkanoc znowu pojadę. Mam też zaproszenie do Łucka. Będzie 650-ta rocznica powstania diecezji łuckiej.  Będą tam uroczystości. Biskup z Łucka przywiózł mi zaproszenie i mówi: „Słuchaj, może ty byś kazanie tam powiedział?” Odpowiedziałem, że przecież tam będzie nuncjusz apostolski z Litwy, będą biskupi z Ukrainy. To mnie ksiądz biskup tak wystawia? Odpowiedział mi: „Ja wiem co robię”. Na razie jeszcze się przed tym bronię i nie wiem czy pojadę.