Jak z bezpartyjnego lekarza zrobiono „milionera z PiS” i stworzono „tomaszowską aferę”. O co naprawdę chodzi w głośnym sporze o zarobki lekarzy?
Zróbmy prosty eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że wasza partia zalicza właśnie gigantyczną wpadkę wizerunkową w stolicy. Sprawa jest poważna, bo dotyczy setek tysięcy złotych wyciąganych z publicznej kasy, a ludzie w internecie dosłownie płoną z oburzenia. Co robicie w takiej sytuacji? Jak działa klasyczny, podręcznikowy mechanizm odwracania uwagi? To bardzo proste. Trzeba natychmiast znaleźć jakiegoś „ich człowieka” na prowincji, ubrać go w odpowiednie barwy polityczne, pokazać jego zarobki i głośno krzyknąć: patrzcie, tamci robią dokładnie to samo! Przyglądając się doniesieniom ogólnopolskich mediów z ostatnich dni, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z realizacją właśnie takiego scenariusza.
Nagłe i niezwykle intensywne zainteresowanie zarobkami dyrektora Szpitala Powiatowego w Tomaszowie Lubelskim, Dariusza Gałeckiego, może nasuwać wnioski o próbie zbudowania medialnej symetrii. Cała ta akcja wygląda na próbę zrównoważenia kryzysu wizerunkowego, jaki wybuchł w Warszawie wokół Szpitala Południowego. Przypomnijmy fakty: tam niespełna dwudziestoośmioletni lekarz bez specjalizacji, będący jednocześnie aktywnym radnym dzielnicy Ursus z ramienia Koalicji Obywatelskiej, zarobił jako koordynator oddziału ratunkowego ponad 1,6 miliona złotych rocznie. Sprawa wywołała uzasadnione oburzenie, a młody radny musiał zwrócić szpitalowi pół miliona złotych, rozstać się z partią oraz stanowiskiem, a cała sprawa wywołała pytania o możliwe konsekwencje prawne. Zaledwie trzy dni po kulminacji tych warszawskich wydarzeń, uwaga części mediów gwałtownie przeniosła się na powiatowy szpital w Tomaszowie Lubelskim, prezentując tamtejszą sytuację jako bezpośredni odpowiednik stołecznego skandalu.
Chronologia mówi sama za siebie
Chronologia publikacji z ostatnich dni może sugerować, że zbieżność czasowa tych wszystkich doniesień nie jest zupełnie przypadkowa. Kulminacja kryzysu w Warszawie nastąpiła w połowie czerwca 2026 roku. Zaledwie trzy dni później ruszyła cała fala materiałów. Pierwszy tekst uderzający bezpośrednio w Dariusza Gałeckiego ukazał się wczoraj, 21 czerwca o godzinie 13:37 w Gazecie Wyborczej. Jeszcze tego samego dnia wieczorem, dokładnie o godzinie 20:52, temat z identyczną narracją podchwycił Polsat News, informując o radnym PiS pracującym rzekomo trzysta godzin w miesiącu. Dziś rano, o godzinie 06:36, portal Onet opublikował obszerny komentarz, ironicznie nazywając lekarza mistrzem świata w zarządzaniu czasem. Szybkość reakcji i powtarzalność narracji w ciągu kolejnych godzin na największych portalach mogą budzić pytania, czy przestrzeń publiczna nie została celowo nasycona nowym tematem zastępczym, który miał zneutralizować fatalny wizerunkowo skandal w stolicy.
Jak zrobić z bezpartyjnego „radnego PiS-owca”
Aby taki obraz symetrii mógł utrwalić się w świadomości odbiorców, część redakcji przedstawiła sprawę w sposób znacznie upraszczający rzeczywistość. Skoro bohaterem negatywnym w Warszawie był radny Koalicji Obywatelskiej, to naturalnym kontrapunktem na prowincji musiał stać się radny Prawa i Sprawiedliwości. W ten sposób w prasowych nagłówkach Dariusz Gałecki błyskawicznie został przedstawiony po prostu jako radny PiS.
Fakty są jednak zupełnie inne i bardzo łatwo je zweryfikować. Dariusz Gałecki, który rzeczywiście jest radnym powiatu hrubieszowskiego, nie jest członkiem PiS i nie posiada legitymacji żadnej partii politycznej. Co więcej, w wyborach samorządowych nie startował z list tej partii, lecz zdobył mandat z całkowicie bezpartyjnego, lokalnego komitetu wyborców. Utożsamienie go z PiS było zapewne skrótem myślowym opartym na fakcie, że Zarząd Powiatu Tomaszowskiego, który powołał go na dyrektora szpitala, był kontrolowany przez to ugrupowanie. Przemilczenie faktu, że Gałecki jest bezpartyjnym fachowcem, pozwoliło jednak na zbudowanie prostego, czarno-białego podziału, który idealnie nadawał się do politycznej polemiki na szczeblu centralnym.
Urealnijmy te mityczne trzysta godzin pracy
Kolejnym elementem, który zdominował medialną narrację, była liczba trzystu godzin pracy dyrektora w miesiącu. Część komentatorów potraktowała to jako sensację, sugerując, że taki wymiar czasu pracy jest fizycznie niemożliwy i musi oznaczać fikcję. Taka interpretacja pokazuje jednak, jak słabo w ogólnopolskiej debacie rozumiane są realia funkcjonowania szpitali powiatowych w Polsce oraz z jakimi problemami kadrowymi mierzy się prowincja.
Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na fakt, że spora część czasu pracy wykazanego przez Dariusza Gałeckiego to tak zwane dyżury pod telefonem. Jest to całkowicie legalna i powszechna procedura w ochronie zdrowia. Lekarz pełniący taki dyżur nie musi fizycznie przebywać w szpitalnym gabinecie przez całą dobę – oczekuje na wezwanie w domu, mając obowiązek natychmiastowego stawienia się na oddziale w razie nagłego przypadku. Taki system pozwala na całodobowe zabezpieczenie specjalistyczne bez paraliżowania pracy zarządej dyrektora w ciągu dnia.
Dodatkowo należy zejść na ziemię i przyjrzeć się realiom mniejszych miast, takich jak Tomaszów Lubelski. Pozyskanie doświadczonego ginekologa-położnika w takim regionie graniczy z cudem. W tej sytuacji zaangażowanie dyrektora, który posiada wysokie kwalifikacje kliniczne i sam decyduje się na nocne dyżury oraz pracę na oddziale, staje się dla pacjentek realną pomocą, a nie patologią. Gdyby nie praca Gałeckiego na oddziale, tamtejsza porodówka mogła zostać zamknięta z powodu braków kadrowych, odcinając kobiety od opieki medycznej. Trudno nie zauważyć, że Dariusz Gałecki stał się obiekiem krytyki za swoją pracowitość i branie na siebie ogromnego obciążenia zawodowego, które wprost ratowało bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców.
Porównajmy te dwa przypadki bez ściemy
Zestawienie afery warszawskiej z sytuacją w Tomaszowie Lubelskim może budzić poważne wątpliwości metodologiczne, jeśli przeanalizuje się fakty i dokumenty. W stolicy mowa o młodym lekarzu bez specjalizacji, który kierował strategicznym oddziałem ratunkowym na podstawie kontraktu rynkowego, a po ujawnieniu sprawy zwrócił pół miliona złotych. Był on również formalnym członkiem partii rządzącej i radnym wybranym bezpośrednio z jej list.
W Tomaszowie sytuacja dotyczy pięćdziesięciopięcioletniego, doświadczonego specjalisty z wieloletnim stażem klinicznym i zarządczym. Jego wynagrodzenie dyrektorskie wynosiło trzysta dwadzieścia cztery tysiące złotych brutto rocznie i było ściśle regulowane ustawą kominową. Pozostała część kwoty, czyli pięćset dwadzieścia dwa tysiące złotych brutto rocznie, stanowiła wynagrodzenie za dyżury specjalistyczne, w tym wspomniane dyżury pod telefonem. Wszystkie te umowy były w pełni legalne, realizowane za zgodą Zarządu Powiatu, a działalność medyczna i zarządcza dyrektora nie stała się przedmiotem jakichkolwiek zarzutów karnych.
W dodatku – wbrew sugerującym to nagłówkom – mowa tu o etatach opartych na normalnych umowach o pracę. Przy obecnych, progresywnych przepisach podatkowych w Polsce sprawia to, że realna miesięczna kwota na rękę oscyluje w granicach od 36 do 38 tysięcy złotych. To zatem pieniądze dalekie od rzucanych w sensacyjnych doniesieniach “milionów”. Analiza tych spraw pokazuje, że przypadek tomaszowski mieścił się w granicach legalnej i powszechnej praktyki, podyktowanej realnymi brakami kadrowymi na prowincji.
Szczyt hipokryzji, czyli kto rzuca kamieniem
I na koniec warto zwrócić uwagę na wątek, który w ogólnokrajowych doniesieniach został pominięty milczeniem. Jednym z najgłośniejszych krytyków Dariusza Gałeckiego stał się jego poprzednik na stanowisku dyrektora tomaszowskiego szpitala, Andrzej K. Dziennikarze chętnie cytowali jego oburzenie dotyczące zarobków i czasu pracy Gałeckiego, pomijając jednak istotny kontekst.
To właśnie wobec byłego dyrektora, Andrzeja K., Prokuratura Okręgowa w Zamościu prowadzi obecnie wielowątkowe śledztwo w sprawie wyrządzenia szpitalowi szkód finansowych sięgających 1,6 miliona złotych. Co więcej, śledczy dokonali już zabezpieczenia majątkowego na jego udziałach i nieruchomościach. Kiedy Dariusz Gałecki przejął zarządzanie placówką w kwietniu 2022 roku, zastał tam głęboki chaos organizacyjny i księgowy. To nowa dyrekcja ujawniła, że poprzednik przez lata rozdawał nieuzasadnione nagrody dla wybranej grupy pracowników, a paliwo do karetek przez dziesięć miesięcy kupowano bez jakiejkolwiek umowy i przetargu publicznego. Publiczny atak byłego dyrektora, który sam mierzy się z poważnymi zarzutami prokuratorskimi, na człowieka, który ujawnił i ukrócił te nieprawidłowości, może budzić skojarzenia z klasycznym odwracaniem uwagi od własnej odpowiedzialności.
Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w krajowej debacie publicznej zamiast wspierać lekarzy decydujących się na ciężką pracę w niedofinansowanych, powiatowych szpitalach, łatwiej jest uczynić z nich cele polityczne. Dopóki centralne redakcje będą traktować zdrowie mieszkańców prowincji wyłącznie jako pretekst do doraźnych sporów wizerunkowych, dopóty pacjenci i lekarze mogą pozostać zakładnikami systemu, w którym polityczne interesy stoją ponad zdrowym rozsądkiem.
