Fundament na krwi. dlaczego musimy pamiętać o 9 lutego 1943?
Masakra dokonana 9 lutego 1943 roku na polskiej ludności Parośli w powiecie sarneńskim na Wołyniu nie była tragicznym zbiegiem okoliczności ani spontanicznym wybuchem chłopskiego gniewu. Była pierwszym aktem zaplanowanej czystki etnicznej, która w kolejnych miesiącach przybrała postać masowego ludobójstwa znanego dziś jako Rzeź Wołyńska. Historycy, między innymi Grzegorz Motyka oraz Władysław i Ewa Siemaszkowie, są w tej ocenie zgodni.
Zbrodni dokonała pierwsza sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), dowodzona przez Hryhorija Perehijniaka „Dowbeszkę-Korobkę”. Już sam sposób przeprowadzenia ataku oraz jego całkowity, bezwzględny charakter dowodzą, że nie była to akcja przypadkowa. Parośla stała się poligonem doświadczalnym dla realizowanej przez kierownictwo OUN-B (frakcję Stepana Bandery) strategii usuwania ludności polskiej z terenów uznawanych za etnicznie ukraińskie. Była to zbrodnia zaplanowana, przemyślana i wykonana zgodnie z przyjętą linią polityczną ukraińskich nacjonalistów.
Dzień masakry rozpoczął się od walki oddziału Perehijniaka z niemieckim garnizonem we Włodzimiercu. Po potyczce upowcy wycofali się w głąb lasów, kierując się do zamieszkanej przez Polaków Parośli. Tam zastosowali perfidny podstęp. Weszli do wsi, podając się za sowiecką partyzantkę walczącą z Niemcami. Mistyfikacja była wiarygodna – w regionie działały już oddziały radzieckie, a część napastników celowo posługiwała się językiem rosyjskim.
Mieszkańcy Parośli, nieświadomi zagrożenia, przyjęli przybyszów z ufnością. Zaprosili ich do domów, nakarmili, udzielili gościny. To właśnie ta chwila, moment zwyczajnej ludzkiej solidarności, przesądziła o ich losie.
Po posiłku dowódcy oddziału ogłosili, że wieś musi zostać „zabezpieczona” przed ewentualnym niemieckim odwetem za pomoc udzieloną rzekomym partyzantom. Mieszkańcom wyjaśniono, że zostaną związani, aby w razie przybycia żandarmerii wyglądało to na działanie pod przymusem. Polacy, kierując się strachem przed Niemcami i ufając tym zapewnieniom, dobrowolnie położyli się na podłogach swoich domów i pozwolili się skrępować. W tym momencie stracili jakąkolwiek możliwość obrony.
Gdy ofiary były już całkowicie obezwładnione, rozpoczęła się metodyczna egzekucja. Zrezygnowano z użycia broni palnej, najprawdopodobniej po to, by nie zaalarmować okolicy ani niemieckich patroli. Oprawcy przechodzili od domu do domu, mordując leżących ludzi uderzeniami siekier w głowy. Zabijano wszystkich – kobiety, mężczyzn, dzieci, niemowlęta i starców.
Jednym z nielicznych ocalałych był dwunastoletni Witold Kołodyński. Uderzony siekierą, uznany za martwego, odzyskał przytomność w domu pełnym zwłok swoich bliskich. Jego relacja stała się jednym z najważniejszych świadectw tej zbrodni. Z masakry przeżyło zaledwie kilkanaście osób, głównie dzieci, które zostały ranne, ale nie zabite, bądź którym udało się ukryć w chaosie ataku.
Historycy różnią się co do dokładnej liczby ofiar, co wynika z braku pełnych spisów ludności i faktu, że część rannych mogła umrzeć później. Ewa i Władysław Siemaszkowie podają liczbę 173 zamordowanych Polaków, natomiast Grzegorz Motyka, zachowując ostrożność badawczą, pisze o „co najmniej 155 osobach”. Różnice te nie zmieniają jednak istoty wydarzenia. Parośla była pierwszą masową akcją UPA wymierzoną w całą polską społeczność cywilną. Była zapowiedzią tego, co w kolejnych miesiącach stało się codziennością na Wołyniu.
I właśnie dlatego Parośla nie jest tylko nazwą w przypisie ani jednym z wielu dramatów wojennych. Jest momentem granicznym. Miejscem, w którym historia przestała być konfliktem, a stała się świadomą eksterminacją. Od tej chwili nic nie było już „przypadkiem”.
Pamięć o Parośli stawia dziś pytania, od których nie da się uciec. Nie można budować przyszłości na relatywizowaniu zbrodni ani na milczeniu tam, gdzie potrzebne jest nazwanie rzeczy po imieniu. Nikt nie chce Ukraińcom wybierać ich bohaterów narodowych. Ale nie da się oczekiwać od Polaków, by uznali za bohaterów tych, którzy byli sprawcami masowych mordów na bezbronnej ludności cywilnej.
Bez prawdy nie ma pojednania. Bez uznania winy nie ma przebaczenia. A bez pamięci o takich miejscach jak Parośla przyszłość zawsze będzie budowana na kruchym fundamencie. Wystarczająco słabym, by pęknąć przy pierwszym sporze nie tylko o historię.
