Anatomia prywatyzacji POZ w hrubieszowskim szpitalu
Wokół tej sprawy narosło już tyle sprzecznych ze sobą przekazów, że temat niemal został zagadany. Lokalne media prześcigają się w prezentowaniu odmiennych narracji. Obserwujemy również zmasowane kampanie informacyjne prowadzone przez obie strony sporu w mediach społecznościowych. Zamiast jednak skupiać się na szumie informacyjnym, przeanalizujmy twarde fakty, a te są jednoznaczne.
Początek i lokalny układ sił
Aby dobrze zrozumieć mechanizmy tej decyzji, potrzebny jest kontekst. Musimy wiedzieć, kto w rzeczywistości pociąga za sznurki. Rozmywanie odpowiedzialności na „radę powiatu, radę społeczną, zarząd powiatu i dyrekcję szpitala” to jedynie fasada. Organy z założenia kolegialne w hrubieszowskich realiach funkcjonują pod wyraźne dyktando wąskiej grupy decyzyjnej. A w zasadzie jest to władza absolutna.
Jeżeli chodzi o zarząd powiatu, niepodzielnie dzieli w nim i rządzi starosta Józef Kuropatwa (PSL). Skład uzupełniają: Radosław Maksymowicz (startował z „jedynki” na liście PiS w Hrubieszowie, z którego został usunięty), Maria Małek (również wybrana z list PiS, obecnie poza partią), Marek Poznański oraz Damian Szaruga (obaj z listy PiR, firmowanej przez obecną burmistrz Hrubieszowa, Martę Majewską). To polityczna układanka, w której kluczową rolę odgrywają transfery radnych do obozu władzy. Dyrektorem SP ZOZ jest z kolei Arkadiusz Bratkowski – bliski współpracownik i kolega starosty, również z PSL, a funkcję zastępcy dyrektora ds. lecznictwa pełni Krzysztof Patyra. Widać tu wyraźnie, w jakim gronie zapadają rzeczywiste decyzje.
Nie wszystko jednak zarząd może przeforsować samodzielnie – kluczowe kroki wymagają zatwierdzenia przez radę powiatu. Na jej czele stoi Robert Palichleb (KWW „Inicjatywa Samorządowa” wójta Tomasza Zająca), pełniący funkcję sekretarza tej gminy, co formalnie wyklucza jego przynależność partyjną, ale powiązanie go z PSL żadnym nadużyciem nie jest. Wiceprzewodniczący to Michał Miścior i Patryk Czerwonka (obaj PSL). Większość w radzie, stanowiąca żelazne zaplecze dla pomysłów zarządu (radni: Misztal, Szymczuk, Sałęga), opiera się w dużej mierze na osobach powiązanych zawodowo z powiatowymi strukturami. Trudno tu mówić o spójności ideologicznej – to raczej pragmatyczny układ, w którym wsparcie dla władzy gwarantuje stabilność zatrudnienia dla siebie lub dla rodziny w starostwie lub powiatowych jednostkach.
Pierwsza próba prywatyzacji: oddanie zysków bez konkursu
Jesienią ubiegłego roku pomysł przekazania Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ) narodził się najprawdopodobniej w gabinetach dyrekcji szpitala. Zamiast wywiązać się ze swojego podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie stabilnej obsady kadrowej, dyrekcja oraz zarząd powiatu wpadli na pomysł wydzierżawienia przychodni na 10 lat prywatnej spółce „Dobre Zdrowie”.
Zrobiono to bez przetargu, bez konkursu i bez szukania jakiejkolwiek alternatywy dla placówki. Podmiot, który przynosi szpitalowi realny dochód w wysokości około 1,5 miliona złotych rocznie (nawet przy obecnej, starzejącej się kadrze lekarskiej), miałby ot tak trafić w prywatne ręce. Władze tłumaczyły to koniecznością, twierdząc, że publiczny podmiot nie jest w stanie przyciągnąć medyków. Paradoksalnie argumentowano, że gdy tylko majątek przejmie prywatna spółka, sytuacja nagle ulegnie diametralnej poprawie, a lekarze chętnie zasilą jej szeregi. Pozbycie się pewnego, milionowego dochodu, który jest wręcz niezbędny do funkcjonowania całego, zadłużonego szpitala, to ruch absurdalny z punktu widzenia ekonomii. Żadna logika, nawet najbardziej pokrętna, nie jest tego w stanie uzasadnić.
Do realizacji tego planu potrzebna była zmiana Statutu SP ZOZ, a to z kolei wymagało pozytywnej opinii Rady Społecznej SP ZOZ. Organ ten w praktyce posłusznie zatwierdza pomysły zarządu – tak było i tym razem. Ostatnim krokiem miała być zgoda rady powiatu.
Zwołano nadzwyczajną sesję na 27 listopada 2025 roku. Cel był prosty: szybko przegłosować zmiany, nie dając przeciwnikom czasu na rzetelne analizy. Niestety. Sesją zainteresowały się media i trzeba było to jednak jakoś wytłumaczyć. Organizowane były konferencje, kontrkonferencje, oświadczenia, stanowiska… Co tylko się dało. Zaangażowano usłużne media, które uzasadniały pomysł dyrekcji szpitala i władz powiatu. Prywatna spółka miała zdziałać cuda. POZ w ramach szpitala, pomimo 1,5 miliona dochodu, padnie z braku lekarzy, którzy w „każdej chwili mogą odejść” (i to wręcz na wieczny spoczynek, jak wynikało z tłumaczeń Bratkowskiego i Patyry), a w prywatnym POZ-ie nagle cudownie ożyją, a nowi pojawią się jak grzyby po deszczu.
Plany pokrzyżowali jednak mieszkańcy, którzy licznie stawili się na obradach, by głośno wyrazić swój sprzeciw. Na sesji zabrakło starosty Kuropatwy. Wobec presji społecznej i braku lidera, przewodniczący Palichleb przerwał obrady, przenosząc je na 3 grudnia 2025 r. Wtedy sytuacja się powtórzyła – starosta znów się nie pojawił, a zdezorientowana brakiem dyscypliny koalicja nie zdołała przegłosować uchwały. Pierwsza próba prywatyzacji zakończyła się fiaskiem. Uchwała przepadła. Prywatyzacji nie będzie.
Druga próba: „Tak być to nie będzie” – czyli „kiepskie” imperium kontratakuje
Władze powiatowe wyciągnęły jednak wnioski z tej porażki i zmieniły taktykę. Aby uniknąć kolejnej konfrontacji z obywatelami, wybrano marcową, planową sesję rady powiatu, na której zazwyczaj omawia się nudne sprawozdania i nikt z zewnątrz nie jest nią zainteresowany. Niespodziewanie porządek obrad rozszerzono o kontrowersyjny punkt dotyczący zmiany statutu SP ZOZ. Od zmiany statutu bowiem trzeba zacząć prywatyzację, czy też – w nomenklaturze jej zwolenników – „dzierżawę”.
Tym razem starosta zadbał o dyscyplinę. Gdy radni opozycji (Fornal, Gałecki, Naja) próbowali podjąć dyskusję, Kuropatwa błyskawicznie złożył wniosek o jej zamknięcie, a jego radni sprawnie to przegłosowali. Uchwałę przyjęto bezrefleksyjnie: za głosowali Czerwonka, Kuropatwa, Maksymowicz, Małek, Misztal, Miścior, Palichleb, Poznański, Sałęga, Szaruga i Szymczuk. Przeciw były tylko 3 osoby, a 2 (Matelski i Bardyga) się wstrzymały. W ten sposób lekką ręką oddano dochodowy odcinek szpitala.
Błędy prawne i nadzieje
Pośpiech dobra rzecz, ale przy łapaniu pcheł. W ferworze pospiesznego uciszania opozycji Kuropatwa i jego radni zapomnieli jednak o kluczowych wymogach proceduralnych. Po pierwsze, zabrakło aktualnej opinii Rady Społecznej SP ZOZ (wcześniejsza dotyczyła projektu, który upadł w grudniu 2025 roku). Po drugie, uchwała nie posiadała żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Te uchybienia są wystarczającym powodem, by wojewoda jako organ nadzorczy uchylił ten akt. Tyle że organem nadzoru jest koalicjant rządowy PSL-u. Nie można oczywiście zakładać z góry, że przymknie oko na naruszenia prawa przez nieporadnych kolegów koalicjanta z PSL na samym krańcu Polski, ale takie prawdopodobieństwo istnieje.
Cień wątpliwości na intencje organów państwowych rzuca już zachowanie samej prokuratury, która umorzyła postępowanie w sprawie nieprawidłowości przy „dzierżawie”. Decyzja nie zapadła z powodu „braku znamion przestępstwa”, jak sugerowały niektóre lokalne tytuły prasowe, ale z powodu kuriozalnego „braku wniosku od uprawnionego organu”. Wygląda na to, że śledczy uznali, iż zawiadomienie powinno złożyć starostwo lub sam szpital. Mamy więc do czynienia z prawnym absurdem: ci, którzy forsują kontrowersyjne decyzje, mieliby donieść sami na siebie.
Podsumowanie
To, co wydarzyło się wokół hrubieszowskiego POZ-u, to klasyczne studium patologii lokalnej władzy. Radni, którzy z definicji mają reprezentować interes mieszkańców, po raz kolejny z premedytacją odwrócili się do nich plecami. Gdy obywatele przyszli na sesję popatrzeć swoim reprezentantom w oczy i zadać niewygodne pytania, włodarze stchórzyli. Obrady przerwano, a starosta dezerterował. Odwagę odzyskano dopiero wtedy, gdy można było przepchnąć temat po cichu, z partyzanta, w poczuciu fałszywego bezpieczeństwa na rutynowym posiedzeniu, zamykając brutalnie usta nielicznej opozycji.
Głosowanie w tej sprawie obnażyło bolesną prawdę o hrubieszowskim samorządzie. Większość koalicyjna udowodniła, że nie jest grupą radnych kierujących się dobrem wspólnym, lecz bezrefleksyjną maszynką do głosowania. To zdyscyplinowane stado, posłusznie wykonujące polecenia z góry, uwiązane na krótkiej smyczy powiatowych etatów i zależnych posad. Pozbycie się bez przetargu pewnego dochodu publicznego rzędu 1,5 miliona złotych to nie jest ratowanie szpitala. To ekonomiczny sabotaż na własnej instytucji. Tego logicznie nie da się wytłumaczyć. Przecież – za pierwszym razem bez jakiegokolwiek konkursu w ręce spółki „Dobre Zdrowie”, teraz niby w drodze konkursu – oddawane jest coś, co przynosi minimum ponad 100 tysięcy dochodu miesięcznie. Kto by tak nie chciał?
Bratkowski na łamach lokalnej prasy twierdzi, że „prywatyzacja to kłamstwa, kłamstwa i kłamstwa i to w Wielkim Tygodniu”. Ale jakie „kłamstwa”, to już nie raczy wykazać. Można świnię nazwać nosorożcem, ale to nie sprawi, że się tym nosorożcem stanie. Dalej będzie świnią. Tak samo oddanie prywatnej spółce dochodowego dla szpitala POZ można nazwać „dzierżawą”, ale to nie sprawi, że szpital na tym zyska. Straci. Co najmniej 1,5 miliona złotych rocznie.
Gdyby ta prywatyzacja miała sens nie robiono by tego za pomocą prawnych wytrychów i w tajemnicy przed mieszkańcami. A skoro tak to jest robione to sensu nie ma. Przynajmniej dla mieszkańców.
Ta sprawa z pewnością nie jest jeszcze zakończona.
Red. naczelny Konkretnie E. Lipski
